MIESIĘCZNIK

DIECEZJI

EŁCKIEJ

 

 

strona główna | o nas | kontakt | archiwum 

 

 

Wśród plemion Papui-Nowej Gwinei
Rozmowa z misjonarzem ks. Pawłem Zajko

 

KS. PAWEŁ ZAJKO od sześciu lat posługuje w Papui-Nowej Gwinei, w diecezji Wabag, dokąd przybył na zaproszenie lokalnego biskupa. Po krótkim wprowadzeniu w życie plemion zamieszkujących wyspę oraz nauce języka pidgin tra™fił jako proboszcz do parafii™ Lando. O jego pracy misyjnej rozmawiamy przy okazji spotkania w diecezji ełckiej.

 

— Wobec naszej cywilizacji i tradycji 1050 lat chrześcijaństwa Papua-Nowa Gwinea to zupełnie inny świat...

— Ciężko jest opisać, na czym polega inność życia w tamtym zakątku świata, bo jest wielka przestrzeń doświadczeń, a nawet cywilizacyjna między ludnością w Lando a Europejczykami czy Polakami. Tamci ludzie przechodzą z epoki kamiennej i są katastrofalnie zderzeni z naszą cywilizacją Żyją w społecznościach plemiennych, nie mają ubrań, a podstawą ich życia jest oszczep. Nie ma rozwiniętej struktury życia rodzinnego. Ich wierzenia oparte są na prawach i sile natury. Jak piorun strzeli albo wyrośnie jakieś drzewo, to dla nich jest to działanie siły wyższej, nie Pana Boga, ale jakiejś siły wyższej. Tak w skrócie wygląda ich sposób pojmowania świata.

 

— Przyjmują, że jest jakaś siła ponadludzka. Czy na tym można budować ich otwarcie się na Pana Boga?

— Myślę, że tak. Od tego trzeba zacząć. Teologowie mówią, a tam również tego doświadczam, że Pan Bóg w serce każdego człowieka, niezależnie skąd pochodzi, z jakich czasów i z jakiego miejsca, wszczepił pewien sposób szukania czegoś nadprzyrodzonego, dążenia do ideałów. Na tym opierała się mitologia, na tym budowała się wiara w życie pozagrobowe. To jest wspólne dla każdego człowieka. Jako „biały człowiek”, misjonarz, przede wszystkim ewangelizuje swoim życiem. Pokazuje, jak w moim życiu działa Bóg.

 

— Pracuje ksiądz w Lando jako centrum, ale także w innych kilkunastu miejscach, które bywają trudno dostępne?

— W centrum, gdzie mieszkam, jest kościół, szpital i szkoła. Jest to miejsce położone wysoko w górach, ponad 2 600m n.p.m. Natomiast jest jeszcze szesnaście wspólnot, plemion, które nie mieszkają w wioskach i do nich staram się dotrzeć. To nie jest tak, jak w naszych miejscowościach, że domy są wzdłuż ulicy. Tam jest pewien teren, na którym żyją plemiona w rozproszeniu. W każdym takim miejscu jest zbudowany „domek”, gdzie się można spotkać na modlitwę i to miejsce nazywamy domem wspólnoty. Żaden nie jest osiągalny drogą samochodową. Po prostu idzie się wąskimi ścieżkami, które oni wydeptali. Szlaki wiodą przez rzeki, góry, tam nie ma mostów. I to ciekawe, ale w jakiś sposób wiedzą, w którym miejscu najlepiej przekraczać bród, żeby nie było zbyt głęboko lub grząsko.
 

— Jest ksiądz jednym z nielicznych białych na tym terenie. Jak ludzie reagują na księdza obecność?

— Gdy przyjechałem, byłem drugim białym misjonarzem po bardzo długim okresie braku opieki duszpasterskiej w tej parafii. Ludzie, którzy pamiętali pierwszego białego misjonarza, byli otwarci. Natomiast dzieci, które w tym czasie się porodziły, a najstarsze miały już po dwanaście – trzynaście lat, po prostu uciekały. Pierwszy raz w swoim życiu widziały białego człowieka. Po sześciu latach pracy mogę stwierdzić, że doświadczam od nich wiele życzliwości. Poznajemy się, wiem, kto jest parafianinem zaangażowanym w życie parafii, w życie misji, a kto jest takim anty, bo tez są tacy, którym się coś nie podoba. Myślę, że nastawienie przeciwników wiąże się z kompleksami. Niektórzy uważają, że biali ich gnębią, więc kiedy misjonarz czegoś zabroni, to już jest wrogiem. Dam przykład. Miałem szkołę, gdzie był dyrektor, który kradł pieniądze. Trzeba było go usunąć i powstał konflikt. Namówił grupkę ludzi i sytuacja była bliska walce. Dobrze, że większość rozumie, że to jest ich szkoła, ich ksiądz, więc nie pozwala na pewne rzeczy. A konflikty pojawiają się na różnych płaszczyznach, jak to w życiu bywa. Chociaż muszę przyznać, że na naszym terenie i tak jest spokojnie. Często plemiona toczą ze sobą wojny, a nasze plemiona swoje konflikty rozwiązują raczej na drodze dialogu. Spotykamy się dość często z sytuacją, że jakieś małżeństwo chce zamieszkać w naszej parafii, bo tu jest spokój, jest bezpiecznie. Najczęściej plemię wyraża na to zgodę. Odczytuje w tym działanie Boga.
 

— Czy mógłby ksiądz przybliżyć nam, jak wygląda życie plemienne?

— Głosząc Ewangelie, podkreślamy, że kobieta i mężczyzna są równi wobec Boga i tworzą jedno ciało – małżeństwo, z którego powstaje rodzina. U nich jest to coś nowego. Próbują to przyjąć i tak żyć, ale na razie dla nich ważniejsze jest życie plemienne, gdzie trzonem są mężczyźni. To oni idą polować, oni idą walczyć i zapewniają byt. Kobiety wspólnie opiekują się dziećmi, przygotowują jedzenie, a także pracują w ogrodzie, który wcześniej mężczyźni wykarczowali i przekopali. Kiedyś było też tak, że mężczyźni danego plemienia mieszkali w swoim domu, a kobiety w swoim. Kobieta była wykupywana z innego plemienia za świnie i muszle kina. Nie odbywało to się na zasadzie handlu, ale bardziej była to umowa pokojowa między plemionami. Wiedzą, że aby gatunek był silny, geny trzeba mieszać, dlatego też między plemionami były zawierane pakty małżeńskie. Wykupiona kobieta należała do jednego mężczyzny, ale na wykup składało się całe plemię. Jeżeli mężczyzna miał poważanie, to dostawał więcej świń i więcej żon. Z nabytymi kobietami nie miał wspólnego domu ani łoza (tam w ogóle łóżek nie mają). Kiedy chciał być z kobietą, odchodził z nią w ustronne miejsce. Dzisiaj widać już zmiany. Mężczyźni żyją wspólnie z kobietami i swoimi dziećmi. Ich domy mają pokoje. Jednak chociaż mieszkają razem, to mentalnie nie są jeszcze przygotowani na to, by być rodziną. Widzę, że kobiety zajmują się wszystkim, a mężczyźni porzucili prace, robią tylko tyle, ile chcą.
 

— Nie dziwią się, że misjonarz nie ma żony?

— Nie dziwią się, ponieważ w ich tradycji wybrani mężczyźni żyli w celibacie. Taki człowiek przygotowywał chłopców do inicjacji w buszu. Dla nich praca misjonarza też ma wymiar przewodniczenia. Kapłan prowadzi ludzi do Pana Boga, są inicjacje, wtajemniczenia w sakramenty i jest to zrozumiałe. Na terenie plemienia, tam gdzie mieszkam, czują się za mnie odpowiedzialni. Uważają, że muszą otoczyć mnie opieką. Ale też mnie pilnują. Widoczne to jest zwłaszcza, gdy przyjedzie jakaś kobieta czy siostra zakonna. Obserwują bacznie, jak się zachowuje w stosunku do niej i jak ona mnie traktuje. Jednak bardziej pilnują swoich lokalnych księży. Bardzo ich boli i są źli, jeżeli ksiądz pochodzący z ich plemienia złamie celibat, a niestety lokalni księża często to robią. W diecezji, gdzie pracuje, na czternastu lokalnych kapłanów tylko dwóch pracuje, a pozostali robią, co chcą. Przyczyn tej sytuacji można szukać wiele, ale myślę, że jest to zbyt młody jeszcze Kościół, aby mógł poznać, zrozumieć i przyjąć nauczanie.
 

— Jakich metod ksiądz używa, aby głosić Dobrą Nowinę wśród Papuasów?

— Głoszę Chrystusa, ale przede wszystkim sam żyje Chrystusem. Jestem wśród nich, dla nich i z nimi. Każda kultura wypracowuje pewien system wartości. Określa, co jest dobre, a co złe. Oni patrzą przez ten pryzmat na mnie jako na białego, a ja jako biały przez swój pryzmat patrzę na nich i gdzieś znajdujemy punkty zaczepienia. To przejawia się w codzienności. Jak mówię „nie kradnij”, a przychodzą ze szkoły czy ze szpitala i mówią, że coś tam „wezmą”, „załatwią”, to trzeba powiedzieć ostro: nie, ja w tym nie chce uczestniczyć.
 

— Jak przyjmują chorobę, śmierć bliskich?

— Chociaż mamy szpital, jednak jeszcze dużo pracy i pewnie miną nawet dziesięciolecia, zanim zrozumieją, żeby chorego szybko przyprowadzać do szpitala. Zwłaszcza jeśli chodzi o udzielenie pomocy dzieciom. Często zjawia się ktoś, kiedy już na pomoc medyczna jest za późno. Natomiast starsi ludzie mają taką pogodną zgodę na śmierć. Wiele razy byłem świadkiem, gdy starszy człowiek mówił: „Ojcze, to ja sobie w przyszłym tygodniu umrę”. I rzeczywiście tak było. Przypominam sobie, że kiedyś moja babcia odmawiała modlitwę o pogodną śmierć, a dzisiaj o śmierci raczej się nie mówi, unika się tego tematu. W tamtej kulturze śmierć jest czymś naturalnym: muszę umrzeć i to ja sobie wybieram termin, decyduje, jak mam się ubrać, gdzie będę pochowany. Nie ma specjalnych cmentarzy. Miejsce jest indywidualnie wybierane przez tego, który już czuje, że będzie umierał. To dla mnie jest stale zadziwiające, taka zwyczajna zgoda na to, że odejdę z tego świata. W obliczu śmierci widoczna jest też wiara w Pana Boga. Często starsi, mocno wierzący proszą o księdza, o namaszczenie. Przybiega chłopak i prowadzi do takiego człowieka. Po namaszczeniu, spowiedzi często słyszę: „OK, dzięki, ojcze, to ja teraz umrę już sobie spokojnie”.
 

— Czym dla księdza jest zderzenie z takim światem?

— To jest zagłębienie się w innym sposobie myślenia. Rozszerzają się horyzonty. Przychodzi refleksja, że nie musi być tak jak teraz. Słowa Bożego się nie zmieni, ale sposób podejścia i sposób realizacji to jest już zupełnie inna sprawa. Widzi się, że są drogi, które prowadzą do Boga i wcale nie muszą prowadzić tak, jak człowiek został tego nauczony.
 

— A dlaczego wybrał ksiądz akurat Papuę-Nową Gwinee jako miejsce pracy misyjnej?

— Zgłosiłem się do naszego biskupa z gotowością podjęcia pracy duszpasterskiej na misjach. Biskup zaproponował mi, żeby jechać tam, gdzie jest potrzeba. Akurat były dwa zaproszenia: jedno do Afryki, a drugie właśnie do Papui-Nowej Gwinei. Pomyślałem wówczas sobie, że każdy słyszał o misjach w Afryce, ale chociaż byłem dobry z geografii, nawet nie wiedziałem, gdzie jest Papua-Nowa Gwinea. Od razu postanowiłem, że właśnie tam pojadę, będzie ciekawiej.
 

— Czy jest coś, czego brakuje księdzu z naszej cywilizacji?

— Po sześciu latach życia w Papui-Nowej Gwinei w zasadzie odzwyczaiłem się od europejskich wygód. Nauczyłem się cieszyć małymi rzeczami. Nie mam wielkich wymagań i pragnień. Przekonałem się, że to, co jest potrzebne, przychodzi z czasem. Jak mówiłem już wcześniej, nasza cywilizacja dociera tam w szybkim tempie. Od dwóch lat mam zasięg komórkowy. Wprawdzie dość słaby, czasem działa, czasem nie, ale jest. Jakiś postęp tam wchodzi i tego się nie zatrzyma. Ale żeby tęsknić za czymś?... No nie wiem… Jakbym wszystko miał, to bym już nie czuł, że jestem na misjach…


— Czy są jakieś potrzeby na księdza placówce misyjnej, czy jest jakaś możliwość wsparcia?
— Organizacje misyjne są dobre, jeśli chodzi o zdobycie dużych pieniędzy, na przykład kupno samochodu, generatora, czegoś, co dużo kosztuje. Naprawdę działają. Prosiłem dotychczas tylko o dwie rzeczy, bo nie chce tam umilać sobie życia ani wprowadzać na siłę cywilizacji. Czasem ktoś pyta, z czego tam żyje, wówczas odpowiadam, że z Polski. Są dobrzy ludzie, którzy coś dla misjonarza dadzą. Nie są to duże sumy, ale zawsze coś można za to kupić. Bywa, że dostaje paczki z Polski. Cieszę się wszystkimi rzeczami, które ludzie w Polsce uważają za normalne, np. ktoś mi przysłał mąkę żytnią. Mogłem sobie zrobić chleb, który sam piekę. Innym razem dostałem kasze, której całe lata nie jadłem. Cokolwiek dostane z Polski, to cieszy, bo za każdym nawet niewielkim gestem jest życzliwy człowiek.

Rozm. Monika Rogińska
 

Od redakcji:

Tym, którzy chcieliby wesprzeć ks. Pawła, podajemy adres: Fr. Paweł Zajko, P.O. BOX 54, Mt. Hagen 281, W. H. P., Papua-Nowa Gwinea.

 

POWRÓT