Strona główna II. Formacja SUMIENIA POKOCHAĆ MISJE Wejście w Afrykę przez franciszkańskie drzwi

Wejście w Afrykę przez franciszkańskie drzwi

432
0

Podróż za równik

Moją podróż do Tanzanii rozpocząłem 23 września 2020 r. O godz. 6:30 wyleciałem z Warszawy w kierunku Dar es Salaam. Praktycznie nie spałem w czasie lotu. No bo jak można zasnąć, mając przed sobą perspektywę życia w zupełnie innym klimacie, społeczności, itp. Okazuje się jednak, że różaniec pomaga spokojnie zasnąć. Następnego dnia, lądując w Afryce przed 7:00, zanim doświadczyłem powiewu gorącego powietrza, musiałem podejść do oficera. Uzbrojony w krzyż misyjny i koloratkę, pokazałem mu paszport i wizę. Czytał, sprawdzał, w końcu patrząc na mnie swoimi brązowymi oczami, zadał mi pytanie: „Who is your Lord?” (Kto jest twoim Panem?)… konsternacja z mojej strony. Oczywiście uroczyście wyznałem wiarę (w lekkim szoku, nie spodziewając się takiego pytania od służb mundurowych), po czym uśmiechnął się do mnie, zwrócił podstemplowane dokumenty i pozdrowił po chrześcijańsku w języku suahili, czego nie zrozumiałem. Odpowiedziałem mu po łacinie: „In saecula saeculorum”, czego tym razem on nie zrozumiał, a ja podziękowałem i przeszedłem przez bramkę pełen ekscytacji. Pomyślałem sobie: Dobry start… oby wszystko dało się tu załatwić „na wiarę”. Na lotnisku czekał nie mnie ks. Krzysztof Kasprzak z Krakowa, który założył na siebie biało-czerwony szalik z napisem „Polska”. Po tak miłym i patriotycznym przywitaniu przez mego Rodaka, z którym spędzę najbliższe lata w parafii Sunya w Tanzanii, wyjechaliśmy do klasztoru Ojców Franciszkanów Konwentualnych (posługuje tam dwóch Polaków), gdzie zaraz po przyjeździe odprawiliśmy wspólnie Mszę świętą, powierzając wszystkich dobrodziejów misji, nasze rodziny, parafie, diecezje oraz całą rozpoczynającą się posługę misyjną.

Pierwsze dni w Tanzanii

W Dar es Salaam spędziłem kilka dni. Był to czas, aby zregenerować siły po długim locie oraz poznać (chociaż wstępnie) tutejszą kulturę ze wszystkim, co ją tworzy. Z ks. Krzysztofem odwiedziliśmy katedrę św. Józefa oraz klasztor Misjonarzy Afryki Ojców Białych, w którym również od wielu lat posługują również polscy kapłani. Dobrze czułem się w tych dniach, widząc polskich kapłanów, którzy pracują już dobrych kilka lat na chwałę Boga w Afryce. Każdego dnia uczyłem się poznawać afrykański świat. Pod wieloma względami totalnie mnie zaskakiwał, a szczególnie jazda wszelkimi środkami lokomocji oraz cały ten „rozgardiasz”, który istnieje w ruchu drogowym. Jeździ się jak się da, czym się da i wozi się, co się da. No cóż, chce się powiedzieć „taki mamy klimat”. Po kilku dniach dołączył do nas ks. Marek Gizicki z Krakowa, z którym również będę współpracował. Oczywiście, przywitaliśmy go na lotnisku, mając na sobie polskie szaliki. Widząc je, ochroniarze myśleli, że kibicujemy lokalnemu klubowi piłkarskiemu „Simba”, który również ma biało-czerwone barwy. Odpowiedzieliśmy im, że jesteśmy Polakami, a oni podnieśli kciuki w górę i powiedzieli: „Aha… Ok… Lewandowski! Lewandowski!”. Widać było, że oglądają Bundesligę. Ludzie są tu bardzo żywiołowi i lubią tańczyć. Raz udaliśmy się do wielkiego supermarketu. Poszukiwaliśmy kilku rzeczy. Poprosiliśmy zatem obsługę o pomoc. Pan z obsługi po chwili zbliżał się do nas między alejkami towarowymi, niosąc rzeczy, których potrzebowaliśmy, jednocześnie tańcząc z uśmiechem na twarzy w rytm arakańskiej muzyki słyszanej w sklepie. Pierwsza myśl… „no tego to jeszcze nie grali” (ha ha ha).

Doświadczenie wiary i wspólnoty w Dar Es Salaam

Największą radością tego czasu były wspólne modlitwy z braćmi franciszkanami oraz pierwsza celebracja Mszy świętej niedzielnej o 7:00 w języku suahili. Niesamowite doświadczenie wiary tamtejszych parafian. Dużo radości, klaskania i poznania głębszej wiary, gdyż ludzie byli w kościele  godzinę wcześniej i słuchali konferencji o małżeństwie prowadzonej przez katechistę (przy pełnym kościele). Ludzie zgromadzeni z całymi rodzinami na Eucharystii byli odświętnie ubrani. Dało się zauważyć zaangażowanie świeckich w liturgię oraz posługę w parafii. Nawet przedstawiciel rady parafialnej czytał ogłoszenia parafialne.

Przyjazd do Morogoro i nauka języka suahili

Obecnie przebywam w miejscowości Morogoro, również u Ojców Franciszkanów (kapucynów). Mieszkam w niewielkim domku wraz z Polakiem o. Jackiem Górką, który wykłada teologię w pobliskim Katolickim Uniwersytecie oraz  z o. Festo (Kenia) i seminarzystami, którzy studiują w tej uczelni: Teofilem (Rwanda), Jafetem (Burundi) oraz Derikiem (Uganda). Dziękuję Panu Bogu za ich charyzmat i styl życia, który pomaga mi wejść w „afrykańską prostotę ludzi”. Modlimy się codziennie w języku suahlii, prowadząc m.in. modlitwy brewiarzowe, adorację Najświętszego Sakramentu, medytację i oczywiście, sprawując poranną Mszę świętą (nie ma tu kościoła, w którym oprócz niedzieli jest odprawiana codzienna Eucharystia). Pomagam im w różnych domowych i ogrodowych czynnościach. Wnoszę swój entuzjazm w ich dom. Pozostanę tu do Bożego Narodzenia, a gdy zajdzie potrzeba to i dłużej. W jakim celu… oczywiście nauka języka suahili. Bez tego ani rusz. Będę uczestniczył w zajęciach językowych na Uniwersytecie.

W Morogoro poznaję teraz okolicę, spaceruję i rozmawiam z ludźmi. Klimat w tym czasie jest bardzo przyjazny. Temperatura w południe wynosi ok. 26° C i tylko od czasu do czasu pojawią się chmury. Za miesiąc przyjdzie pora deszczowa. Na szczęście nie ma tu aż tylu komarów, jak było w Dar es Salaam.  Mieszkańcy traktują się nawzajem z życzliwością i nawet, jak kogoś nie znam, to on pierwszy macha do mnie ręką na przywitanie. Również zachęcony przez jednego z mieszkańców przejechałem się na motorze (jest tu bardzo dużo motocyklistów). W ramach pocieszenia oczywiście, gdyż jego kolega „rozpykał” mnie dwukrotnie w warcaby, ech… Czekam, aż chłopaki zorganizują jakiś meczyk w piłkę nożną. Ogólnie jest dużo rudości i śmiechu – można by powiedzieć, że to Morogoro, to takie nasze polskie Mrągowo – jest z czego się pośmiać. Zwłaszcza, że to ja jestem bohaterem kabaretów, bo nie wszystko jeszcze rozumiem (ha ha ha).

Wyjazd do Arushy

            Na początku października wyjechałem z ks. Krzysztofem do Arushy, aby dokończyć sprawy wizowe, kurialne i ubezpieczeniowe. Głównym celem tego wyjazdu było spotkanie z ordynariuszem Archidiecezji Arusha oraz biskupem pomocniczym. Ks. Bp. Isaac Amani Massawe przyjął mnie bardzo życzliwie. Odbyliśmy rozmowę, w czasie której przekazałem pozdrowienia z Polski. Opowiedziałem mu trochę o sobie oraz o moim doświadczeniu. Ks. Biskup łączył wielkie nadzieje na moją posługę i obiecał, że we wszystkim mi pomoże. Bardzo by chciał, aby było więcej misjonarzy w jego Diecezji, która coraz bardziej się rozwija.

Tutaonana baadaye! (Do zobaczenia!)

To tak tyle z moich pierwszych afrykańskich tygodni. Niech Bóg dalej mnie prowadzi. Modlę się za Was każdego dnia, szczególnie nakładając na szyję misyjny krzyż i dziękując za każde wsparcie z Waszej strony i modlitwę. Do zobaczenia  i proszę o modlitwę.

Asante sana! (Dziękuję bardzo!)

ks. Arkadiusz Dardziński

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here