Strona główna I. Formacja SERCA ŚWIĘTOŚĆ W CODZIENNOŚCI Ballada o szpitalnym łóżku

Ballada o szpitalnym łóżku

113
0

W lutym przeżywamy Światowy Dzień Chorego (11 lutego) oraz Światowy Dzień Walki z Depresją (23 lutego). Te dwa cykliczne wydarzenia ukazują trudną a zarazem piękną prawdę o naszym człowieczeństwie: przy całej ludzkiej wielkości każdy z nas jest zależny od drugiego człowieka, jestem zależny przede wszystkim od Boga a słabość stwarza doskonałe okazje do tego, by uwolnić się od szponów pokusy samowystarczalności.

Co nas kształtuje?

Benedykt XVI pisząc o śmierci, zauważa: „W tym świecie żyć, znaczy umierać. (…) Owo tajne zbratanie się śmierci i życia odsłania granicę sedna wszelkiej ludzkiej aktywności, niedający się uchylić fundament pasywności, na którym stoi człowiek, oznacza ono dokładnie to, że we wszelkim naszym czynie obecne jest także zniszczenie tego właśnie czynu, że nasze życie nie jest tylko czynem, lecz także doznawaniem, nie tylko budowaniem, lecz zawsze także podleganiem zburzeniu. Mówiąc całkiem ogólnie: Człowiek nie jest istotą samej aktywności, ale zawsze też istotą pasywności, nie tylko on sam czyni siebie, lecz zostaje ukształtowany przez to, co spotyka go wbrew jego woli.”

Szpitalne łóżko

Szpitalne łóżko, wbrew pozorom, jest bardzo mocnym sprzętem. O nie rozbiły się błyskotliwe kariery, jest jak magnes, który przyciąga nie tylko monety, ale fortuny całe, rozbija banki, kryje w sobie sekret dewaluacji – pieniądze przestają się liczyć, a to co uznawane jest za bogactwo, przestaje nim być. Szpitalne łóżko może wiele opowiedzieć. Jest ławką w szkole życia. Na nim możemy uczyć się zawierzenia – oddając każdą chwilę Bogu… i powierzenia się człowiekowi. Szpitalne łóżko wielu nauczyło nadziei – tej niewidzialnej nitki, która łączy nas z życiem, kiedy to co dotykalne przestaje być jakimkolwiek oparciem. Czasem nikły ogień nadziei ograniczającej się do tego, by „odzyskać zdrówko” nagle płonie jak ogromny znicz wiary przenikającej za parawan post mortem. Szpitalne łóżko, to miłość – narzędzie miłości, kuźnia miłości, nieraz jej ostatnia deska ratunku. Nie przedstawia sobą nic imponującego – trochę metalu, parę sprężyn, elektronika, materac, pościel – proste jak „budowa cepa.” Prostota tego sprzętu mówi dużo o miłości: ostatecznie ocala ją prostota. Przedostateczne rzeczy człowieka: uścisk dłoni, obecność, szklanka wody. Ten skromny mebel jest symbolem miłości: zawiera ona w sobie aktywność i pasywność, dawanie i branie. Szpitalna sala nieraz zamienia się w Ogród Oliwny, w którym rodzą się przepiękne modlitwy: „oddal ode mnie to nieszczęście” staje się przyjęciem Boga, a Bóg staje się jedynym szczęściem.

Na co mamy wpływ?

To, co dzieje się wbrew mojej woli, kształtuje mnie. Obala mit o silnej woli człowieka jego własna natura – istnieją pod słońcem takie rzeczy, na które nie mamy żadnego wpływu. Myślałem, że jestem mistrzem modlitwy. Kto jak kto, ale kapłan powinien być jej ekspertem. Są jednak w moim życiu chwile, że gdybym nie był księdzem, gdybym nie musiał odprawiać mszy i celebrować nabożeństw, byłbym nie praktykujący jak wielu ludzi świeckich. Cóż zatem? Co Bogu po takiej niewolniczej robocie? Co wiernym po tak kiepskim rzemieślniku? Otóż, na szczęście taka wymuszona obowiązkiem praca sprawia, że mimo wszystko oddycham, jest jak respirator, który wentyluje ducha, podtrzymuje we mnie życie. Kiedy choroba zabiła wszelki smak, nawet modlitwy… trzeba modlić się mimo wszystko, nawet mechanicznie – gdy wrócą siły wszystko na nowo jest pyszne!

ks. Przemysław Zamojski

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here