Strona główna III. Formacja UMYSŁU NASZ GOŚĆ „Mama to człowiek, a nie drugi Pan Bóg”

„Mama to człowiek, a nie drugi Pan Bóg”

377
0

O presji bycia idealną, duchowości mamy i o tym, z czym współcześnie mierzą się młode mamy rozmawiamy z Marleną Bessman-Paliwodą – mamą trójki dzieci, dziennikarką portalu Aleteia, absolwentką UW i stypendium Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia”, zawodowo związaną z mediami i PR-em, duchowo ze wspólnotą Przyjaciele Oblubieńca.

Zofia Kossak-Szczucka napisała, że „matka jak Pan Bóg może kochać wszystkie swe dzieci. Każde z osobna i każde najwięcej”… Jak to jest być mamą?

Trudno być mamą, szczególnie jak porównuje się ją z Panem Bogiem (śmiech). Brzmi to dobrze i jest oczywiście we wszystkich takich zdaniach wiele prawdy, jednak wewnętrznie gdzieś to może więzić. Mama jest jak Pan Bóg? Nie, nie jest jak On. Ma wiele trudności i każdego dnia coraz bardziej w macierzyństwie odkrywa swoje słabości. Kiedy to się zestawi z obrazem Boga, trudno to przyjąć. Pojawia się konflikt: mam być idealna, a idzie mi tak wiele idzie mi jak po grudzie. Wolę więc spojrzenie Jose Marii Escrivy. Pokazuje właściwą proporcję. Pisze, że Bóg kocha człowieka bardziej, niż wszystkie matki świata razem wzięte mogą kochać swoje dzieci.

Czy można mówić o współczesnym obrazie mamy? Jaka jest dzisiejsza mama?

Kiedy myślę o mamach, tych, z którymi się przyjaźnię, z którymi przeprowadzam wywiady, bo piszę głównie o macierzyństwie, to widzę mamy utalentowane i odważne, ale też często samotne i niewysłuchane. Widzę mamy wielozadaniowe, ale przy tym zmęczone. Pracują, wychowują dzieci w domu, prowadzą edukację domową, prowadzą swoje firmy. I żyją w poczuciu winy, że mogłyby robić to wszystko lepiej… Jedna z mam dobrze to określiła: wymaga się od nas, byśmy były mamami, jakbyśmy nie pracowały. Byśmy były takimi pracownikami, jakbyśmy nie były mamami. Może więcej: czasami i my same tego wymagamy od siebie. Tu i my jako mamy musimy się uczyć mówić „stop”, ale i świat musi wyhamowywać z oczekiwaniami. Nie chodzi mi o jakiś odległy świat, a często najbliższe otoczenie, rodzinę, a nawet spowiedników.

„Do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska” – to afrykańskie przysłowie, ale pokazuje pewną skalę. Dziś nie mamy rodzin wielopokoleniowych. Kiedy dziecko kolkuje, to jest przy nim tylko mama (po powrocie z pracy też tata), a nie ciocia, babcia, sąsiadka. Liczono kiedyś, że w procesie opieki nad małym dzieckiem uczestniczyło do 19 osób – a dziś? Słyszymy, że mamy łatwiej, bo zmywarki, suszarki, pampersy. Ale presja społeczna jest znacznie większa – mamy znać najnowsze trendy psychologiczne, mieć świetne figury, bo inaczej nie umiemy o siebie zadbać, dzieci mają być zawsze czyste. Wystarczy zapytać jakąkolwiek mamę, a wypowie ten ból bycia ocenianą. Nie zapominajmy, że mama to też człowiek i potrzebuje uznania, docenienia, wysłuchania bez rad i krytyki, po prostu przyjęcia z tym, co na ten czas w sobie nosi. A nie zawsze będzie to kopia Magnifikatu.

Presja bycia idealną szkodzi mamom.

Nie tylko mamom. Dzieci nie potrzebują idealnej mamy. Może inaczej: lepiej dla nich samych będzie, kiedy będą widziały, że mama czy tata popełniają błędy. Takiemu dziecku łatwiej przyjąć potem swoje słabości. Przeprowadzono badania dot. poczucia szczęścia dzieci i okazuje się, że wygrywają duńskie dzieci. Dlaczego? Bo rodzice nie silą się na bycie idealnymi, a są wystarczający.

Swoją działalnością pokazujesz, że macierzyństwo nie jest w stanie Cię ograniczyć… Jak to wszystko godzisz?

Mam problem z tym pytaniem. Nie godzę tego. Jak pracuję, nie mogę zająć się dziećmi. Jak zajmuję się dziećmi, nie mogę pracować nad jakimś projektem. Kiedyś chciałam być na 100 procent wszędzie, ale tak się nie da. To był nawet taki wewnętrzny konflikt, rozdarcie. To „godzenie” to trochę jak żonglowanie piłkami. Tylko dwie można mieć w rękach, reszta jest w ruchu. Czasami trzeba dodać lub zabrać jedną z piłek. Nigdy jednak nie jest idealnie. Gdzieś coś umknie, czegoś zapomnę. Ostatnio pomyliłam daty konkursów i nie wysłałam pracy syna w wymaganym terminie. Nie napisałam dwóch zamówionych tekstów na Wielki Post w redakcji. I takich przykładów mam wiele. I to normalne. Nie mogę zrobić wszystkiego. Najpierw robię to, co jest konieczne i w danej sytuacji najważniejsze. Reszta musi czekać. Jako mamy możemy wszystko, tylko nie w tym samym czasie – sama tego nadal się uczę. Z tych powodów na przykład zrezygnowałam z bycia administratorem Przyjaciół Oblubieńca w ełckiej katedrze. Często odmawiam, kiedy dostaję propozycję współpracy przy różnych projektach. Bardziej szanuję to, że jako mama muszę być wypoczęta, by być mamą, jaką chcę być.

A jaką chcesz być mamą?

Obecną, czyli taką która wysłuchuje spraw niedorzecznych w naszym dorosłym świecie, a dla dzieci ważnych, bo coś zaobserwowały lub poczuły. Czułą, czyli przytulającą, patrzącą w oczy. Konsekwentną i wyznaczającą granice – to dobre i dla mamy, i dzieci. Myślę, że mi to wychodzi, z błędami, ale wychodzi.

Co w Twoim macierzyństwie jest dla Ciebie najtrudniejsze?

Na początku trudne było to, że tego, o czym mówiłam wyżej, nie zrealizuję tak idealnie. Bo mam swoje wady, jest we mnie jakieś lenistwo, często jestem po prostu zmęczona nocnymi karmieniami, pobudkami, ząbkowaniem, ilością dziecięcych emocji. W końcu mam swoje emocje. Codziennie też i mnie, i każdą mamę spotykają nowe sytuacje, na które nie mamy gotowych rozwiązań. Każde dziecko jest inne, do każdego trzeba dotrzeć inaczej, poznawać je, odkrywać, na ile po ludzku można, jego serce, by lepiej je wspierać i towarzyszyć. I jest to dla mnie, dla mojego męża spore wyzwanie. Znajdziemy jakąś strategię działania, a działa to tylko przy jednym dziecku i tylko przez jakiś czas, zaraz już szukamy innych.

Rodzicielstwo to ciągłe szukanie i wyznaczanie drogi. Nie ma jednej utartej ścieżki z drogowskazami. Jest cel i tyle. Kiedyś mnie to frustrowało, a dziś nawet pasjonuje. Polubiłam to, bo zobaczyliśmy z mężem, że to my coś tworzymy, nie musimy wcale korzystać z tego, co stosował ktoś inny. Odkryliśmy tu wolność. Ma to w sobie coś z przygody.

Kto w waszej rodzinie jest bardziej wymagającą, a kto pobłażającą stroną w relacji i wychowaniu dzieci: mama czy tata?

Kiedyś miałabym gotową odpowiedź na to pytanie (śmiech). Dziś widzę, że ogólnie w relacjach stawiamy na łagodność, słuchanie drugiej strony i siebie. Jesteśmy wymagający, ale nie można w tym wypadku połączyć tego słowa z jakąś surowością. To wymaganie to bardziej konsekwencja, ale też nie taka za wszelką cenę.

Mamy też pewien podział i każde z nas ma swoją jakby główną odpowiedzialność. Edukacja, rozwój fizyczny, społeczny i duchowy to takie cztery dziedziny, które są takim wyrazem wizji wychowania jaką w sobie mamy. Ja wykorzystuję swoje predyspozycje edukacyjne, lubię tłumaczyć, odkrywać coś z dziećmi, więc głównie to moja odpowiedzialność, z kolei mój mąż z pasją mówi o Bogu, więc to on czyta z dziećmi Pismo święte, ma taką niesamowitą łatwość tłumaczenia im zawiłych spraw, świetnie też te historie przekłada na to, co lubią dzieci lub co przeżywają. Oczywiście Łukasz, mój mąż też towarzyszy przy odrabianiu lekcji, a ja modlę się z dziećmi lub pokazuję im to, co wypływa z mojej duchowości, ale chodzi tu to, że wykorzystujemy swoje naturalne zasoby, by zarazić pasją w danej dziedzinie, którą sami kochamy.

Jak w zwykłej codzienności, między pieluchami, niedospaniem, pracą zawodową i licznymi pytaniami dzieci znaleźć czas, by być bliżej Boga?

Nie chodzi o to, by znaleźć czas. Czasu nie da się znaleźć, chyba zwłaszcza jak się jest mamą (śmiech). Czas jest ograniczony i tu ważne są dwie sprawy: duchowość to sposób życia, jest ciągła, to przeżywanie codzienności, a nie wyrwanie czasu na modlitwę i bycie sam na sam z Bogiem. Oczywiście czas na modlitwę osobistą jest ważny, nie neguję tego. Chodzi o to, by żyć z Bogiem cały czas. W zwykłej codzienności, kiedy zmieniam pieluchy, kiedy w nocy tulę kilka godzin płaczące niemowlę, kiedy nie wiem, co zrobić na obiad. Nie muszę wtedy specjalnie szukać czasu dla Boga, bo jestem z Nim. I druga sprawa: duchowość mamy zmienia się w zależności od wieku dzieci. Można tu zauważyć określone etapy.

Za dużo czasu mi zajęło to, by zobaczyć, że Bóg jest w tej zwykłej codzienności. Po prostu –  w bałaganie, krzyku i płaczu dzieci. Czasami myślę, że Jezus chętnie odpoczywa na dywanie właśnie takiego domu – w zasadzie to nasze dzieci tak kiedyś powiedziały, że Jezus przychodzi i siada na dywanie u nas, by odpocząć. Bogu bałagan nie przeszkadza. Nawet to jest dla nas mam jakąś trudnością – nie musimy dla Boga perfekcyjnie przygotować i domu, i wnętrza, ale zapraszać Go już teraz.

Pracujesz nad książką o duchowości mamy. Dlaczego podjęłaś ten temat?

Pracuję nad tą książką już długo i to świetny przykład tego, że nie da się zrobić wszystkiego w jednym czasie (śmiech). Chciałabym tę książkę przeczytać na początku mojego macierzyństwa. Oszczędziłoby mi to sporo dylematów, ale może też… cierpienia?  Kiedyś jedna z mam zwierzyła mi się, że była na nabożeństwie z dzieckiem. Ono zaczęło płakać i musiała wyjść z tym maluszkiem z kościoła. Chciała być w środku, chciała być przy Jezusie, a musiała wyjść. Czuła wielki smutek i żal. Czy to jest obce innym mamom? Nie. W wywiadach do książki słucham różnych mam, a słyszę podobne tęsknoty lub podobne oskarżenia co do samych siebie. Nie docierają do nas szczególnie, że jak przekazuje św. Franciszka Rzymianka: Kobieta zamężna musi często zostawić Boga przy ołtarzu, by odnaleźć Go w obowiązkach rodzinnych. Tą książką chcę pokazać, że droga duchowa mamy nie jest w żaden sposób uboższa czy gorsza – to ciekawe przekonanie, prawda? Niestety, dość częste u mam. Każdy człowiek tak naprawdę uczony jest przez Pana Boga podobnych rzeczy, choć sposoby są inne.

Czy macie jakiś wzór rodziny, która jest dla Was taką idealną do naśladowania?

Szukając wzoru rodziny, szukałam właśnie takiej nieidealnej, takiej, która nie jest tylko jakimś obrazkiem. Nie jest to łatwe, bo często sposób opisywania świętych jest trudny do przyłożenia do codziennego życia, pełny jakiś ogólników. To duża potrzeba nas świeckich, by hagiografia była bliska, a nie obficie polana lukrem. Dopiero sięgnięcie do źródeł, a nie opisów pozwoliło mi spojrzeć na rodziców św. Teresy od Dzieciątka Jezus tak, by z nich czerpać. Nie byli idealni, ale zostali świętymi. I to jest ważne: ten wzór ma inspirować, a nie zniechęcać, bo mi to nie wyjdzie.

Św. Zelia to mama wielodzietna, która prowadziła prężne przedsiębiorstwo. Św. Ludwik Martin zrezygnował ze swojej pracy, aby wspierać żonę w jej firmie. Jak to mgło być odebrane w tamtych czasach? Oni jednak poszli za tym, co był dobre dla nich. Mieli tę odwagę. Kiedy patrzę na Zelię, widzę silną, zdecydowaną i odważną kobietą, która też czasami miała dość tego, co niesie macierzyństwo, pisała, że najlepiej się czuje, kiedy w samotności robi koronki. I często to tak rozumiem! (śmiech) Przyznawała się do tego, że nie była cierpliwa, to Ludwik był tym, który studził jej charakter. Przy ilości pracy jaką miała korzystała z pomocy służby. Mogę prosić o pomoc – kolejna lekcja od świętej! Ale też przez tę ilość spraw, bardzo późno zauważyli, że właśnie ta służąca miała zły wpływ na jedną z ich córek. Kiedy w ten sposób na nich patrzę, to widzę ciągle szansę, że możemy być świętymi – z naszym bagażem porażek, błędów, grzechów, który mały nie jest, ale też z wiarą, czułością i pragnieniami. Chociaż jak uroczo mówi mój siedmioletni syn: mamo, jeśli chcesz być świętą, to potrzebujesz jeszcze dużo łaski od Pana Boga.

Dziękuję za rozmowę
Renata Różańska

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here