Strona główna RÓŻNE  POŻAR W STUDZIENICZNEJ

 POŻAR W STUDZIENICZNEJ

158
0

Jest sobota, 23 października 2021r. Nic nie zapowiadało, że następnego dnia znajdziemy się w innej rzeczywistości. Jeszcze przeddzień w sobotę o godz. 12 w południe w kaplicy na wyspie przed cudownym obrazem Matki Bożej Studzieniczańskiej sprawowałem Mszę św. za parafian i za dzieło, które tutaj wspólnie realizujemy w tym sanktuarium. Po wieczornym nabożeństwie październikowym przy kolacji planowałem posługę w niedzielę. Kto odprawia Mszę św. u Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w Ośrodku DPS, kto przewodniczy i głosi Słowo Boże, kto czyta wypominki, jakie informacje jeszcze umieścić w ogłoszeniach parafialnych.

Odmówiony brewiarz kapłański, kazanie przygotowane, ogłoszenia parafialne wydrukowane leżą na biurku w kancelarii wraz z kartkami wypominkowymi, dosyć wcześnie idziemy na nocny spoczynek – wszak jutro bardzo intensywny niedzielny dzień jak to jest w sanktuarium. Trzeba mieć siły na niedzielną posługę. Wieczór dość ciepły, właśnie po deszczach się wypogadzało.

Byłem utrudzony posługą więc szybko zasnąłem. Obudziły mnie odgłosy jakiegoś trzaskania, jakby łamiących się gałęzi, jakby jakiegoś szumu i stukania o szybę. Na domiar tego nie było nigdzie światła. Nie wiedziałem, co się dzieje. W pierwszym momencie myślałem, że ktoś dobija się do okna, bo żadne dzwonki i domofony nie działają. Dlatego najpierw podbiegłem do okien w swoim pokoju, by sprawdzić, czy tam ktoś jest. Dla mnie jest to mimo wszystko jeszcze nowe miejsce i wszystkich odgłosów jeszcze nie rozpoznaję. Czy to trzaskanie rozsychających się desek boazerii, czy odgłosy z ulicy imprezujących amatorów nocnych wrażeń,  czy też gwałtownej wichury. Chyba działałem jak w transie, odtwarzając sytuację sprzed paru miesięcy. Wtedy to podczas letniej wichury, w środku nocy, kiedy nie było prądu, trzeszczały drzewa i łamały się gałęzie, do moich okien dobijali się harcerze, którzy ewakuowali się ze swego leśnego obozowiska. Wtedy też wybiegłem w pidżamie i w szlafroku, a harcerze prowadzili w strugach deszczu gromadki dzieciaków pod bezpieczny dach. Tym razem za oknem nie było nikogo, a z drugiego pokoju dobiegało za drzwi coraz głośniejsze kołatanie i krzyki: „Palimy się, Wojtek palimy się, palimy się!” Wybiegłem boso w pidżamie na taras. Faktycznie ogień już sięgał ścian plebani aż po dach i było mnóstwo dymu. Rozdysponowałem, co robimy. Ks. Janusz – nasz rezydent pomagający w parafii miał szybko zabrać swoje najcenniejsze rzeczy typu pieniądze, dokumenty, kluczyki. Ja zaś zawiadamiałem straż. Miałem komórkę w ręku, bo tam była latarka i pierwszy numer Pana Tadeusza – naszego kościelnego, więc zadzwoniłem do niego. Poleciłem, aby zawiadomił straż i organizował innych ludzi do pomocy, zanim straż przyjedzie. Wszystko działo się bardzo szybko jak w transie. Woda z zewnętrznych kranów była już zakręcona – tak jak na zimę – a ogień był już duży, wchodził na poddasze, została tylko ewakuacja. Szybko wbiegłem do pokoju na parterze, najbliżej źródła ognia. Dymu i ognia jeszcze w środku nie było, więc wybiegając, zabrałem naprędce wiszące alby i sutannę. Przybiegł Pan Tadeusz i również wziął jakieś rzeczy. Ks. Janusz już przestawiał swój samochód z parkingu, robiąc miejsce na swobodne manewry wozom strażackim, na które jeszcze czekaliśmy. Również i ja przestawiłem swój samochód. Okazało się, że ks. Janusz w ostatnim momencie zabierał ze swojego mieszkania, w pośpiechu, drobne rzeczy mieszczące się w dwóch dłoniach. Dymu było już dużo i ze względu na problemy z sercem nie mógł podejmować już większego wysiłku. Dlatego, szybko podjęta kolejna decyzja – wynosimy księgi metrykalne – ile się da, tj. Księgi chrztów, małżeństw, zgonów, protokołów przedślubnych już zawartych małżeństw i dokumentację tych jeszcze niezawartych. Po przebiegnięciu z opasłymi księgami do samochodu poczułem zimno i mokro w stopach. Oprzytomniałem, że biegam boso po zimnej zroszonej trawie. Szybko założyłem pierwsze z brzegu buty i jakiś sweter na pidżamę, chwyciłem w rękę portfel z dokumentami, stację komputera i codzienną sutannę. Zupełnie zapomniałem o swoich rzeczach osobistych. Jeszcze jedną zrobiłem rundę z księgami, od tego biegania aż brakowało mi tchu. Wtedy pojawili się policjanci, kazali wskazać, gdzie są butle gazowe i powynosić  je z budynku. Upewniwszy się od nas, że wszyscy zamieszkujący plebanię tj. dwóch księży opuścili budynek, oświadczyli, że dalsza ewakuacja i przebywanie w palącym się domu parafialnym jest zbyt niebezpieczne dla ludzi. Dym był już i na dole, gęsty oraz żrący. Przychodzących do kancelarii po mnie policjantów wykorzystałem, by jeszcze przy ich pomocy uratować kolejne archiwalia. Chyba wtedy też pojawiły się pierwsze wozy strażackie. Odłączono prąd od budynku plebanii. Staliśmy przy ogrodzeniu gotowi udzielać wszelkich informacji służbom ratunkowym. W kotłowni było połowę zbiornika oleju opałowego. Obawialiśmy się, aby pod wpływem wysokiej temperatury, nie wybuchł lub nie rozlał się, co mogło skomplikować akcję ratunkową. Widzieliśmy, jak spod dachu wydobywały się kłęby dymu i języki ognia. Zrobiło mi się zimno, bo byłem w pidżamie i cienkim sweterku. Pan Tadeusz oddał mi swoją czapkę i kurtkę moro, w której chodziłem kilka dni, bo nic innego nie miałem. Wszyscy pytali o przyczynę pożaru. Wiedzieliśmy tylko, skąd szedł ogień.

Co chwila upewniałem się, gdzie jest ks. Janusz i jak się czuje, jak serce, ciśnienie, samopoczucie, czy nie uległ zatruciu dymem i czadem. Na szczęście był już u kościelnego w mieszkaniu, skoro powiedział, że czuje się źle, postanowiłem poprosić ratownika strażaka, aby sprawdził, czy trzeba jakieś większej interwencji medycznej. Profilaktycznie podano tlen, i ratownik zdecydował, żeby wezwać karetkę. W tym czasie już cała droga przy plebanii była zastawiona wozami strażackimi. Przyszli sąsiedzi i inni parafianie, od razu wyrażali gotowość wszelkiej pomocy. Archiwalia kancelaryjne z ogrodu, gdzie były znoszone podczas ewakuacji, przenieśliśmy do mieszkania pana kościelnego. W międzyczasie ks. Janusz już wrócił z karetki, gdzie został zbadany i unormowano wysokie ciśnienie.

Pożar dalej się rozwijał. Pod poszyciem dachowym z blachy, coraz bardziej rozprzestrzeniał się ogień i gęsty dym, do którego trudno było się dostać. W nocnych ciemnościach było widać rozżarzone – czerwone od ognia i temperatury połacie blachy. Kiedy zrozumiałem, że strażacy całkowicie przejęli kontrolę nad akcją ratunkową, pomyślałem – trzeba racjonalnie zarządzać swoimi siłami fizycznymi, mamy przecież swoje ograniczenia zdrowotne, a czeka nas niedzielna posługa duszpasterska. Trzeba mieć siły do ogarnięcia się z tym wszystkim. Niech każdy robi to, co do niego należy, ja z księdzem Januszem nic już tu nie pomożemy, a jutro będziemy potrzebni parafianom w kościele, przy ołtarzu i w konfesjonałach. Udaliśmy się więc do ks. Leszka – Dyrektora Domu Rekolekcyjnego Archidiecezji Białostockiej. Przyjął nas do swego mieszkania, dał swoje pokoje do dyspozycji, na ile tylko będzie potrzeba (od razu: klucze, wodę, ręczniki). W tym czasie nie było mowy o zaśnięciu w takich emocjach, ale namówiłem ks. Janusza, aby się chociaż położył, bo to pomaga zachować siły i uspokoić organizm od niepotrzebnego wysiłku, ja z różańcem w ręku uczyniłem to samo. Jeszcze wysłałem sms-a do ks. biskupa Jerzego, że w Studzienicznej dzisiejszej nocy spaliła się plebania, ale nikomu nic się nie stało. Leżąc w tej ciszy, słyszałem, że jakaś deska w pokoju wydawała trzask, wtedy odzywały się niepokojące złe wspomnienia, a może to oznaka palącego się drewna?

Przed piątą rano, kiedy zaczynało świtać, poszedłem na miejsce pożaru, niektóre wozy strażackie już odjechały, ale wielu strażaków i kilka pojazdów strażackich było jeszcze w akcji, ciągle wychodził gdzieś dym i ogień spod tych części blachy, która jeszcze nie została zerwana. Modliłem się, żeby nikomu nic się nie stało. Widziałem spadające deski z góry, zrywana, gorąca, ostra blacha nie wiadomo jak czasami może się zachować, czy gdzieś ktoś nie nastąpi na jakiś gwóźdź, czy nie osunie się noga z drabiny, czy nie oderwie się jakiś element konstrukcji i nie uderzy strażaka. Bardzo dziękuję wszystkim służbom ratowniczym i porządkowym, za ten wielogodzinny trud akcji ratowniczej, pełnej profesjonalizmu i poświęcenia. Pierwsza Msza św. u sióstr przebiegła jak zwykle – nie chciałem wprowadzać niepokoju,  dopiero po Mszy świętej powiedziałem na ucho siostrze przełożonej, co się stało. Obawiałem się reakcji dziewcząt – pensjonariuszek domu opieki – które w niedzielę licznie uczestniczą w Eucharystii. Siostry były zaskoczone, jeszcze bowiem nic nie wiedziały. Śniadanie u ks. Leszka, którego poprosiłem, aby na razie jeśli tylko może, zastąpił księdza Janusza, który bez swoich codziennych leków na serce i nadciśnienie i bez okularów jeszcze czuł się niezbyt dobrze. Pomyślałem, lepiej niech dojdzie do siebie, z pomocą ludzi zorganizuje leki, jakieś ubranie dla siebie, bowiem z płonącej plebanii, praktycznie wyszedł w spodniach nałożonych naprędce na pidżamę i w butach na bosych nogach. W ręku  trzymał sutannę i swojego pieska Ivusia – bohatera tragedii. Tak bohatera – bo gdyby nie jego czujność, to nie wiadomo jak by się wszystko skończyło… Gdy spaliśmy, on pierwszy wzbudził alarm, czuł, że coś złego się dzieje. Zaczął drapać, szczekać i niespokojnie się zachowywać. W ten sposób obudził swego pana ks. Janusza, który poczuł dziwny zapach i trzaskanie. Wyszedł do drugiego pokoju i ujrzał za oknem, na ścianie plebanii ogień i dym sięgający dachu. Szybko zbiegł na dół i zaczął stukać w moje drzwi, wydawało mu się, że to długie, przedłużające się minuty zanim otworzyłem.

Jeszcze przed pierwszą Mszą św. jak tylko strażacy pozwolili wejść do budynku, parafianie z Rady Parafialnej i leśnicy już organizowali się do akcji wynoszenia co się da z parteru „owędzonego” – zasmrodzonego dymem, zalanego z poddasza brudną wodą. W jadalni na dole, gdzie św. Jan Paweł II  podczas nawiedzenia naszego sanktuarium – 9 czerwca 1999 r spożywał obiad z innymi gośćmi, woda sięgała po kostki. Wszystko przedstawiało straszny widok i czuć było odór spalenizny. Zalana kancelaria, wszystkie sprzęty i meble. Niektóre z ocalałych rzeczy, mebli, sprzętów okopcone, lepkie i cuchnące spalenizną. Na poddaszu całkowicie spalone mieszkania z całą zawartością sprzętów, archiwum i innego mienia. Przybudówka, pokoik z łazienką i oddzielnym wejściem z zewnątrz – wykonane specjalnie na wizytę św. Jana Pawła II na wypadek, gdyby Ojciec święty zechciał tam na chwilę się zatrzymać i odpocząć po obiedzie – przedstawiały obraz wypalonego od środka wraku.

Ludzie szli nam z wyrazami współczucia i zapewnieniami o gotowości pomocy we wszystkim. Były telefony od pana Wójta z Gminy Płaska, z Urzędu Miasta Augustów, nagrania dla kamer mediów lokalnych i telewizji Trwam. Te wszystkie gesty życzliwości i wsparcia pomagały nam w tej sytuacji funkcjonować – czuliśmy, że nie jesteśmy sami.

Pierwsza Msza parafialna, już ludzie widzieli co się stało, bo plebania znajduje się naprzeciw kościoła. W tę niedzielę miała się odbywać parafialna inauguracja XVI Zgromadzenia Ogólnego Synodu Biskupów na temat: „Ku Kościołowi synodalnemu: komunia, uczestnictwo, misja”, przypadała również niedziela misyjna. Trzeba było odczytać jeszcze raz inaczej Słowo Boże dane naszej parafii. Refren psalmu : „Pan Bóg uczynił wielkie rzeczy dla nas”, który z pozoru był nie na miejscu w naszej smutnej sytuacji, a jednak pozwolił nam odkryć to, co Bóg nam dał bardziej cennego, życie i zbawienie, jego miłość, która jest cenniejsza nad dobra materialne. Tylko przez wiarę możemy to przyjąć, zrozumieć i nic nie powinno nam przesłonić tej prawdy – tego pragniemy się uchwycić.  Po południu przybył do nas ze swoim pasterskim wsparciem ks. biskup Jerzy Mazur, który w ramach Niedzieli Misyjnej, z rana w Warszawie przewodniczył Mszy św. transmitowanej w telewizji. Po obejrzeniu pogorzeliska, spotkaliśmy się w gronie kapłanów przy domu rekolekcyjnym. W pierwszych słowach ks. biskup ze wzruszeniem zwrócił się do nas słowami: „Bogu dzięki, że księża żyją”. Krótka wspólna modlitwa, zawierzenie się Bogu i błogosławieństwo ks. biskupa ordynariusza.

Ofiarni i dobrego serca ludzie przychodzą nam ze wsparciem duchowym i materialnym. Składane są ofiary do puszki przed kościołem i przy innych okazjach, a także przekazywane na konto parafialne. Z otwartym sercem, przyjęła nas tymczasowo pod swój dach nasza parafianka, pani Eliza. Użyczyła miejsca na tymczasową kancelarię i zamieszkanie proboszcza. Jesteśmy bardzo wdzięczni za każdy dobry gest i za wszystkie bardzo konkretne ofiary. Tym niemniej przed nami trudna i kosztowna odbudowa. Dlatego, zwracamy się z prośbą o pomoc w dźwignięciu się z tej tragedii. Fundusze na odbudowę spalonego domu parafialnego można przesyłać na bankowe konto parafialne 22 93340001 0030 0300 0641 0001 (BS w Bargłowie Kościelnym) Adres: Parafia MATKI BOŻEJ SZKAPLERZNEJ w STUDZIENICZNEJ; Studzieniczna 10; 16-301 Augustów, tytułem: Darowizna na cele kultu religijnego-odbudowę domu parafialnego. Odwdzięczamy się modlitwą różańcową, wspominamy codziennie w Apelu Maryjnym oraz za naszych ofiarodawców, w każdą drugą sobotę miesiąca, ofiarujemy Mszę św. przed cudownym Obrazem Matki Bożej Studzieniczańskiej w kaplicy na wyspie.
We wszelkich sprawach sanktuarium, parafii, czy odbudowy domu parafialnego prosimy kontaktować się telefonicznie. Ks. Proboszcz: 509 635 221, email – w.stoklosa@diecezja.elk.pl , Ks. Janusz: 606 828 774. W naszym sanktuarium (sekretariat) również posługuje s. Maria Tomaszewska. Będzie ją można znaleźć w domu letnim i pod nr tel. 797 835 527. Postaramy się na naszej oficjalnej stronie internetowej – http://www.sanktuarium-studzieniczna.pl/index.php – informować o postępie prac odbudowy spalonego naszego domu.

 ks. Proboszcz

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here