Strona główna III. Formacja UMYSŁU NASZ GOŚĆ Tu się ludzie uśmiechają…

Tu się ludzie uśmiechają…

117
0

O swoich doświadczeniach związanych z pracą w Domu Opieki Społecznej w rozmowie z Renatą Różańską opowiada Pani Halina Śniatkowska, pielęgniarka DPS „Misericordia” w Ełku.

Czym dla Pani jest praca w Domu Pomocy Społecznej „Misericordia” w Ełku?

W DPS jest się „sterem, żeglarzem, okrętem”. Muszę niejednokrotnie zdecydować, czy w razie problemów zdrowotnych dam sobie sama radę, czy trzeba zamówić lekarską wizytę domową bądź wzywać pogotowie. Jednak, satysfakcja z pomagania innym oraz uśmiech wdzięczności podopiecznego to dla mnie zdecydowanie największe korzyści płynące z wykonywania tej pracy. Pomimo, że odpowiedzialność jest ogromna, praca z osobami starszymi jest dla mnie spełnieniem i moim powołaniem. 

W jaki sposób odkrywała Pani w sobie powołanie do opieki nad osobami starszymi w tak specyficznym miejscu?

Jestem pielęgniarką od ponad 30. lat. Pracowałam na oddziale chirurgii, potem przy badaniach rentgenowskich. Większość moich obowiązków związana była z opieką nad osobami starszymi. Pierwszy kontakt z osobami w podeszłym wieku miałam w Stowarzyszeniu św. Łazarza. Praca tam była typową pracą pielęgniarską w domach chorego. Teraz jest lepiej, choć nie wszędzie, ale wtedy, gdy zaczynaliśmy pracę, te środowiska, do których byliśmy kierowani, były bardzo zaniedbane. Spojrzenie na biedę tych ludzi, gdzie było dużo osób leżących, samotnych, z ogromnymi odleżynami… Wtedy bardzo przybliżyłam się do starszych ludzi.

Potem, duże doświadczenie zdobyłam w ełckim szpitalu, w zakładzie opiekuńczo- pielęgnacyjnym. Z początku byłam przerażona tą pracą, ale z biegiem lat okazało się, że nie wyobrażam sobie innej formy pracy, jak tylko pomoc osobom starszym i potem zdecydowałam się przejść do DPS „Misericordia”.

Na czym polega praca opiekuna w DPS i kto może jej się podjąć?

Podopieczni przebywający w naszym domu to bardzo często osoby samotne, niepełnosprawne czy takie, które cierpią na różne zaburzenia. To osoby, które potrzebują wsparcia oraz zrozumienia, dlatego dobrze jeśli opiekun jest osobą otwartą i towarzyską, która w razie potrzeby będzie służyć rozmową. Staramy się, żeby opiekunki chcące podjąć u nas pracę, przez pierwsze kilka dni przychodziły do nas jako wolontariuszki i sprawdziły siebie, gdyż to nie jest praca dla wszystkich. Pomoc w wykonywaniu podstawowych codziennych czynności, takich jak jedzenie, mycie, ubieranie oraz ogólne poruszanie się, to nie wszystko… Czasami podopieczny chce zwykłego ludzkiego ciepła, rozmowy, a nawet przytulenia czy pogłaskania po głowie, czy potrzymania za rękę.

Jest to zawód wymagający dużej delikatności, wyrozumiałości oraz cierpliwości, by umiejętnie radzić sobie w różnych sytuacjach… Zawsze powtarzam pracującym tu opiekunkom, żeby traktowały podopiecznych tak, jak same by chciały być traktowane, tak jak chciałyby, by byli traktowani ich bliscy.  Myślę, że kto nie lubi osób starszych, nie będzie potrafił z nimi pracować.

Co jest ważne w tej pracy?

Ważne jest to, żeby ci ludzie nie bali się tutaj nikogo, żeby dać podopiecznym poczucie bezpieczeństwa i pewność, że jak np. stoją przed gabinetem i mają pytanie, czasami bardzo proste dla nas, a dla nich dość krępujące, to zawsze otrzymają poradę, pomoc i zostaną wysłuchani.

Traktujemy tu wszystkich jednakowo. Dla nas nie jest ważne pochodzenie pacjenta, ale jego człowieczeństwo.

Pani radość, zaangażowanie, siła i pewność w działaniu daje poczucie bezpieczeństwa. Skąd czerpie Pani siłę do pracy z osobami starszymi?

Od nich. To oni są moją siłą napędową. Bardzo lubię starsze osoby. Mam w sobie dużo cierpliwości i łatwo nawiązuję z nimi kontakt, czasami razem sobie żartujemy.

Lata pracy z osobami starszymi i zdobyte doświadczenie zawodowe też robią swoje, ale myślę, że gdyby nie ten dar od Boga, jakim jest moje powołanie do pracy z osobami starszymi, modlitwa i współpraca z Bogiem, marne by były moje siły. 

Ilu pacjentów jest obecnie pod waszą opieką?

Obecnie mamy 71 podopiecznych, a wkrótce będzie mogło przebywać u nas 100 mieszkańców, po otrzymaniu zgody od Wojewódzkiego Urzędu w Olsztynie na wnioskowaną ilość miejsc.

Decyzja o umieszczeniu swoich najbliższych w DPS-ie zawsze wiąże się z pewną trudnością. Z jednej strony jest to związane z obowiązkiem dzieci wobec rodziców, a z drugiej strony bezsilność wobec cierpienia, potrzeb i ograniczonych możliwości towarzyszenia w czasie choroby. Jak to ze sobą pogodzić?

Bardzo często rodziny „oddając” nam pod opiekę swoich najbliższych, płaczą w związku z poczuciem winy. U nas w DPS-ie mają tę łatwość, że mogą w każdej chwili przyjść, odwiedzić, spotkać się. Są rodziny, gdzie ta więź z bliskimi była bardzo duża i starają się w tych pierwszych dniach pobytu bliskiej osoby przychodzić częściej, żeby pobyć, pokarmić, żeby te osoby nie czuły się odizolowane od domu.

Z reguły, wystarczy tydzień, dwa i podopieczni się klimatyzują i akceptują pobyt w DPS-ie. Tutaj mają całodobową opiekę. I przede wszystkim, i co jest bardzo ważne, mają cały czas kontakt z innymi ludźmi. Z ich ust padają nieraz słowa: „O, to ja nie jestem jeszcze taka chora…”, albo widzi się jak tworzą się grupki, nawiązują przyjaźnie, ludzie dużo ze sobą rozmawiają, śmieją się.

Mamy Pana, który w naszej ogólnodostępnej kuchence piecze jabłuszka, zaprasza panie i sobie tam siedzą. Jak jest mecz, to na holu dla panów organizujemy „Strefę Kibica”, itd.

Dużo też daje to, że nasz dom jest otwarty i rodzina może tu w każdej chwili odwiedzić swojego bliskiego. My jesteśmy otwarci na współpracę z rodzinami. Wszystko to wpływa pozytywnie na ich pobyt u nas, a także jest ważnym sygnałem dla rodziny, że jest im tu u nas po prostu dobrze.

Duża jest też w tym nasza rola, żeby jakoś to wszystko pogodzić, bo bywa różnie. Czasami rodziny okłamują, że to jest tylko na jakiś czas, że to jest w ramach rehabilitacji, czy że są w sanatorium.

DPS staje się dla Waszych podopiecznych drugim domem. Taką atmosferę tworzą pensjonariusze i personel. W jaki sposób w tym mogą uczestniczyć również bliscy?

Bardzo często mieszkańcy mówią, żeby zaprowadzić ich nie do ich pokoju, ale do „ich chałupki”. A jak są na podwórku, czy gdzieś na spacerze, to wracając, mówią, że „idziemy już do domu”.

Jeżeli rodzina chce uczestniczyć w życiu DPS-u, to oczywiście jak najbardziej może. Zapraszamy rodziny na święta, pomagają w ich przygotowaniu. Mogą uczestniczyć razem z mieszkańcem w ich obchodzeniu. Staramy się nawet tak zrobić, żeby mieli oddzielnie stolik, taki tylko dla siebie. Są też rodziny, które zabierają swoich bliskich na święta do domu.

Druga ważna rzecz, to to, że rodziny mogą wejść do pokoju. Mogą przynieść rzeczy i urządzić pokój swego bliskiego tak, aby czuł się jak u siebie w domu. Może to być chociażby poduszka, kocyk, a nawet telewizor czy wersalka.

Kiedy mamy do czynienia z chorobami w wieku starszym, nie sposób pominąć tematu „rozliczania się z życiem” i śmierci. Jaką rolę w waszym DPS-sie pełni kapelan?

Kapelanem naszego domu jest ks. Ryszard Sawicki. Spełnia on w życiu każdego naszego mieszkańca bardzo ważną i nieocenioną rolę. Jego rola jako kapelana nie sprowadza się tylko do udzielania wsparcia religijnego naszym podopiecznym. Organizuje na terenie Domu rekolekcje dla seniorów, czy „Spotkania o Bożym Miłosierdziu” oraz ułatwia uczestnictwo w praktykach religijnych. Ksiądz odprawia Msze święte w Kaplicy, jest spowiednikiem i kaznodzieją. Zaspokaja potrzeby duchowe, jak również udziela indywidualnego wsparcia duchowego każdemu człowiekowi, który poprosi go o pomoc. Jest on człowiekiem, który potrafi słuchać, bardzo wyrozumiały, cierpliwy a przede wszystkim skromny i bardzo uduchowiony. Cieszymy się, że jest z nami i dla nas.

Niektórzy, odnajdują na nowo drogę do Boga i Kościoła, nawet po latach nieprzystępowania do sakramentów. Mieliśmy pacjenta, który był ateistą. Odrzucał wszystko, co było związane z Bogiem, nie chciał wizyt kapłana czy siostry zakonnej, ale powolutku, obserwując ludzi, którzy uczestniczą we Mszy św., widząc, jaką siłę daje im Eucharystia, wspólna modlitwa, zaczął się przełamywać i się nawrócił.

Kapelan jest też w tych ostatnich momentach życia mieszkańca naszego Domu. Staramy się zawsze informować ks. Ryszarda, że stan danej osoby się pogorszył, wtedy oczywiście ksiądz jest z posługą. My, jako personel też staramy się być przy osobie, która odchodzi, zapalamy świecę i modlimy się wspólnie. Jesteśmy z taką osobą do końca.

Czy zdarza się Pani podejmować trudne rozmowy z pensjonariuszami o przemijaniu, cierpieniu, odchodzeniu…?

Tak, rozmawiamy na takie tematy. Jednak częściej i więcej z rodzinami, niż z samymi podopiecznymi. Powiem szczerze, że mieszkańcy żyjąc tutaj w takiej dużej grupie, nie mówią o śmierci. Naprawdę rzadko się spotyka, żeby rozmawiali o śmierci. Oni chcą żyć. Myślę, że właśnie domowa atmosfera przyczynia się do tego, że podopieczni nie myślą o śmierci.

Któregoś razu jeden z mieszkańców zapytał mnie: „Siostrzyczko, a kiedy ja umrę?” No to zapytałam, czy już list do św. Piotra napisał, bo jak nie, to jeszcze trochę z nami pobędzie. Gdy już prowadzimy takie rozmowy, to bardziej w formie trochę żartobliwej, żeby to nie było dla nich przytłaczające.

Często rodziny Waszych pensjonariuszy znajdują w Pani wsparcie i pokrzepienie. A gdzie Pani otrzymuje wsparcie w trudnych sytuacjach,  gdy czuje Pani, że już nie daje rady?

Tak, jak wcześniej wspomniałam, dużo czerpię od moich podopiecznych. Często przychodzą rodziny, które chcą umieścić kogoś z rodziny i chodzą po pokojach, rozmawiają z mieszkańcami, bo muszą sprawdzić warunki, mówią do mnie, „Proszę Pani tu się ludzie uśmiechają…”. I to jest miłe. I faktycznie tak jest i to jest bardzo ważnie. Gdy widzę uśmiech moich podopiecznych, że nie są zalęknieni, widzę ich chęć życia, to jest dla mnie ogromna siła i wsparcie.

Dziękuje za rozmowę

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here